Wczorajszy dzień spędziliśmy nad górnym jeziorem Tamar (jest też dolne mniejsze). Można tam wypożyczyć kajaki, rowery wodne i łódki. My wzięliśmy rower na pół godziny. Pogoda była ładna, więc też przyjemnie się pływało.
niedziela, 19 sierpnia 2012
sobota, 18 sierpnia 2012
Jego Koszalin, mój Szczecin i Festiwal Balonów w Bristolu
Dwa tygodnie urlopu tak szybko minęły jak nigdy, a jeszcze do tego jesteśmy już tydzień po nim. Masakra! Ledwo co zaczęłam odpoczywać od tego co tutaj jest to już trzeba było wracać. Nie nacieszyłam się domem, nie odpoczęłam tak jakbym chciała, nie nabyłam się wystarczająco z rodzicami ani z dziadkami, ale za to spotkałam w większości tych ludzi, których chciałam spotkać, tych których na co dzień mi brakuje.
Pierwszy tydzień minął na zaległej wizycie u fryzjerki (bo nie ma to jak Pani Iza, która wie jaki kolor pasuje do Ciebie, wie jak doradzić i nie robi tego nachalnie, za tą ją lubię) i badaniach kobiecych, bo niestety tutaj (przy najmniej u mnie w miasteczku) jeśli nie masz żadnych objawów nie wyślą Cię na usg, nawet jeśli mówisz, że masz mięśniaka i wskazane jest abyś co pół roku kontrolnie robiła usg, nic się nie dzieje to nie dadzą skierowania, można tylko usłyszeć, że wiele kobiet ma takie coś i tyle. A ja po wizycie u Pani Dr w Polsce byłam zadowolona, bo nic się złego nie dzieje i zaprosiła mnie na wizytę za pół roku, tak to ja lubię :)
Później pojechaliśmy do teściów do Koszalina, a po powrocie połaziliśmy po Szczecinie, a wieczorami chodziliśmy z Korą na spacerki, długie spacerki, po których psina smacznie spała, a chrapała jak niedźwiedź :)
W pewnym momencie zrobił się piątek i trzeba było wracać, znów się poryczałam. Moja mama też płakała i tacie się nawet łezka zakręciła w oku.
W Bristolu zostaliśmy na noc, aby następnego dnia udać się na Festiwal Balonów. Szkoda tylko, że po południowy lot balonów odwołali ze względu na wiatr, który uniemożliwiał start balonów, ale za to pogoda dopisała.
Podobno w Tivertonie, w długi weekend, czyli za tydzień, ma odbyć się podobny festiwal, teraz tylko trzeba namówić chmury aby nie wisiały nad Devonem i wyszło słonko zza chmur :)
Pozdrawiam gorąco i wklejam kilka fotek poniżej.
Buziaki
KOSZALIN
SZCZECIN
FESTIWAL BALONÓW W BRISTOLU
wtorek, 24 lipca 2012
Lundy
Zacznijmy historię od początku :)
Jeśli ktoś z Was był kiedyś na plaży w Westward Ho! to wie, że można stamtąd zobaczyć wyspę na morzu. Jest to Lundy. Od kiedy dowiedziałam się, że jest możliwość spędzenia tam jednego dnia, pragnęłam tam się wybrać. Jednak w tamtym roku jakoś nie mieliśmy okazji, a później okazja sama się trafiła. Od znajomego Anglika przed Bożym Narodzeniem dostaliśmy z moim D. darmowe bilety na statek, który zabiera ludzi na wyspę. Od tamtego momentu czekaliśmy tylko na dogodną pogodę aby się tam wybrać i aby wpasować się w datę ważności biletów, bo te miały ważność, bo były prezentem.
W maju w końcu pojawiła się przepiękna pogoda i stwierdziliśmy, że w końcu trzeba wykorzystać szansę i wybrać się w naszą podróż. Niestety niedane nam było, bo gdy chcieliśmy wymienić nasze bilety na rejs, pani w biurze poinformowała nas, że na ten dzień, który sobie wybraliśmy, wszystko jest wykupione i nawet lista oczekujących, gdyby ktoś odmówił, jest długa. Postanowiliśmy zamienić bilety na taki dzień, gdzie będziemy mogli być na wyspie jak najdłużej. Takim dniem był właśnie 21 lipca 2012 r. :) czyli 2 miesiące jeszcze musieliśmy czekać, i było warto :)
Pobudka 6 rano, musieliśmy zrobić kanapki i się spakować. Obowiązkowo 3 butelki wody, wygodne buty do chodzenia po skałach, wiatrówka na wszelki wypadek i kijki do pomocy :)
Zbiórka 7,30 rano odbyła się w Bidefordzie, gdzie dojechaliśmy jak nigdy w 15 min. Na statek wchodziliśmy jako ostatni i tym samym nie mieliśmy gdzie usiąść. Podróż trwała 2 godziny, w tym czasie pstrykaliśmy i pstrykaliśmy fotki, bo kiedy znów będziemy płynąć jakąkolwiek łodzią to nikt nie wie :)
A to poniżej to Clovelly widziane z wody, zdjęcie robione na przybliżeniu, inaczej nie nie byłoby widać.
A gdy pomału mijały nasze 2 godziny trwania podróży, zobaczyliśmy Lundy jakiej jeszcze nie widzieliśmy.
Im było coraz bliżej tym coraz mniej miejsca było w obiektywie na złapanie całej wyspy.
Na wyspie znajduje się latarnia morska, którą można zwiedzić.
Są też maskonury (Puffins), których liczba z każdym rokiem się zmniejsza. Prawdopodobnie dojrzałam kilka w wodzie, ale nasza lornetka jest zbyt słaba i wierzę w to, że to były one, po tym jak dojrzałam czerwone dzioby i słowa osób stojących obok i mówiących gdzie mam szukać i w jakiej liczbie są.
Cała wyspa nie jest zbyt wielka, ale aby obejść ją potrzebowalibyśmy trochę więcej czasu, bo za często stawaliśmy i podziwialiśmy krajobraz i słuchaliśmy ciszy. A wyspa muszę przyznać jest piękna, ale to również zasługa pogody, nie wiem co bym powiedziała, gdyby padało.
Na wyspie znajdują się również ruiny (tak myślimy) lub są to niedokończone budynki, nie wiemy dokładnie.
Jest też miasteczko, gdzie są toalety, taverna, sklep i domki dla osób, które pozostają tam dlużej, a wszystko to zbudowane z takiego samego kamienia jak na powyższym zdjęciu. Jest również pole namiotowe. A poza tym dużo owiec i kóz, które w jakiś swój nieznany sposób dzielą się całą wyspą. My mieliśmy okazję również zobaczyć piękną sowę w locie. Coś pięknego, pojawiła się nagle i nie mieliśmy okazji aby zrobić jej zdjęcie. Każdemu życzę aby zobaczył tego ptaka na wolności.
Do domu wracaliśmy zmęczeni i zadowoleni, z ponad 400 zdjęciami i jeszcze większą ilością w naszych głowach.
niedziela, 8 lipca 2012
Trochę słońca
Wczoraj w końcu pojawiło się słoneczko i mieliśmy piękny zachód słońca. Już dawno nie byłam wpatrzona tak w słońce, po tylu dniach deszczu nawet kilka chwil słońca jest radością i powoduje u mnie wielki uśmiech na twarzy.
A dziś, aby nacieszyć się pogodą, pojechaliśmy na króciutką wycieczkę. Już w samochodzie zapomniałam o wszystkim, tylko czekałam aby dojechać do Ilfracombe. Pół godziny później byliśmy już na miejscu. Nie byliśmy przygotowani tylko, że będzie aż tak ciepło i mój D. trochę się zgrzał, nie mówiąc już o mnie, mimo że miałam krótki rękawek i kamizelkę, zgrzałam się jak nigdy, ale warto było. Piękne widoki, przyroda i cisza. Po takich wycieczkach chcę więcej i więcej, ale niestety jutro czeka praca, ale jest następny weekend i nadzieja na ładną pogodę.
A już niedługo wyprawa na Lundy :) Oby pogoda sprzyjała :)
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Bude
U mnie za oknem pada, pięć minut temu już nie padało, ale za pewne za kolejne pięć minut już nie będzie padać. Urok mieszania na Wyspie, a to lato jest gorsze od poprzedniego, a ja tak potrzebuję słońca. Za to w międzyczasie, czekając na promyki słońca, nadrabiam to co miałam już dawno zamieścić na blogu. Tworząc go, moim założeniem było pokazanie miejsc, gdzie można pojechać i zapomnieć o wszystkim. Mi wystarczy wsiąść w samochód i zapominam o bożym świecie, o tym, że pranie czeka, że zakupy trzeba zrobić, że w pracy ktoś podniósł mi ciśnienie. To wszystko znika, a pojawia się chęć poznania czegoś innego, inny krajobraz, inni ludzie... A czasami nie trzeba daleko jechać, wystarczy pół godziny i jest się już w nowym miejscu :)
Na pomysł wycieczki do Bude wpadliśmy nagle, było w miarę ciepło, nie padało, a po co siedzieć w domu jak można posiedzieć na dworze :) Takie jest zawsze nasze założenie, niech inni siedzą w pubach my jedziemy.
Bude znajduje się już w Kornwalii, j niegdyś było miastem portowym, a obecnie miejscem gdzie można wypocząć i poczuć się jak w kanionie :)
Gdy tam dotarliśmy świeciło jeszcze słońce, a po plaży można było spacerować. Byliśmy tam w godzinach popołudniowych więc wszystko to co można by było zwiedzić pomału było już zamykane, a na dłuższy spacer nie mieliśmy szans, bo w lutym nie ma szans na długie dni. Ale kilka zdjęć zrobiliśmy i oto wybrane z naszych zbiorów.
Ps. Przestaje padać :D
niedziela, 17 czerwca 2012
Minhead i Dunster
Nasza przygoda z National Trust rozpoczęła się w lutym. W lutym są Walentynki i ten dzień chcieliśmy spędzić razem, niestety wypadały w tygodniu, więc stwierdziliśmy, że zrobimy sobie jakiś prezent w weekend. Była propozycja wyjścia do restauracji, którą oboje lubimy, ale po dłuższym namyślaniu stwierdziliśmy, że te pieniądze, które zostawimy w restauracji, lepiej przeznaczyć na coś lepszego, czyli benzyna i podróż w nowe miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy. Mój mąż zapytał się mnie to gdzie chcę w takim razie jechać :) Myślałam, myślałam i wymyśliłam Minhead. Na co mój Mężczyzna: tak daleko? czemu? Bo jest tam pomnik, który strasznie chcę zobaczyć :) I w cale nie jest tak daleko :) Samochód jest, termos się zrobi, kanapki też możemy zrobić lub zjeść coś na miejscu jeśli chcesz :) Zostało postanowione :) Pojechaliśmy, po drodze zgubiliśmy się, zawracaliśmy, bo źle jechaliśmy i przez przypadek, bo inną drogą niż planowaliśmy, przejeżdżaliśmy przez Duster (zajrzymy tutaj jak będziemy wracać:)), aż w końcu dotarliśmy do naszego celu.
Miasto okazało się większe niż myśleliśmy, ma inny klimat niż nasze miasteczko. Było dużo turystów, mimo że było dość mroźno. Przed samym wyjazdem z domu zdążyłam tylko się dowiedzieć, że miejscowość posiada sklep z miśkami, a na miejscu naszym oczom ukazała się działająca lokomotywa parowa, CUDO!!!!
Tego nie da się tak po prostu opisać, trzeba pojechać i samemu zobaczyć. To takie uczucie jakbym podróżowała w czasie. Może następnym razem kupimy bilety i przejedziemy się lokomotywą, byłoby fajnie.
Zajrzeliśmy też do sklepu z misiami. Nie był to ogromny sklep, ale znaleźliśmy tam coś ciekawego, niestety ceny odstraszają. Na pamiątkę wzięłam sobie tylko zawieszkę do telefonu za Funta :) A oto co znaleźliśmy:
Mi najbardziej podoba się Miś ze świnką-skarbonką ;P
Gdy już mieliśmy wyjeżdżać, udało mi się odnaleźć pomnik, który mnie najbardziej interesował w tym mieście.
Prawda, że ciekawe? :)
W drodze powrotnej zajrzeliśmy do Dunster, wiosce położonej około pół godziny jazdy samochodem. Miasteczko słynie z zamku, które jest pod opieką National Trust. I tutaj właśnie, kupując bilety wstępu (niestety tamtego dnia zamek był jeszcze nieczynny dla zwiedzających, tylko ogród), dostaliśmy propozycję członkostwa. Pan objaśnił nam jak to wszystko wygląda, co za tę opłatę dostaniemy i jakie są korzyści. Kończąc zwiedzanie, zdążyłam Mężczyznę już namówić na to wszystko, ale niestety kasa była już zamknięta. Zrobiliśmy to przez internet, co okazało się korzystniejsze, bo składka za nas dwoje online była niższa niż w kasie u Pana :)
A poniżej zdjęcia z Dunster.
Ps. To uzależnia :)
wtorek, 5 czerwca 2012
Nowy Rok i National Trust
Zaczynam wierzyć, że stwierdzenie jak spędzisz pierwszy dzień Nowego Roku taki będzie cały rok, jest prawdziwe :) Pierwszy dzień Nowego Roku spędziliśmy na bardzo długim spacerze, mimo że pogoda nie zachęcała do tego aby wychodzić z domu.
Od tamtego dnia prawie w każdy weekend nie ma nas w domu, oczywiście jeśli pogoda na to tylko pozwala, a czasami nawet pogodą się nie przejmujemy i pakujemy się w samochód i jedziemy gdzie tylko możemy :)
Co ma do tego National Trust? Ma wiele, bo to dzięki tej organizacji mamy wstęp "bezpłatny". Nie był on zupełnie bezpłatny, bo na początku musieliśmy uiścić opłatę członkowską, która pozwala na to aby w miejsca należące do NT wchodzić za darmo. Mogę powiedzieć jedno OPŁACA SIĘ :) Opłaca się zapłacić jednorazowo określoną kwotę, a później zwiedzać, jeździć i jeszcze raz zwiedzać :) bo opłata ta bardzo szybko się zwraca, do tego dostaje się pakiet powitalny z nalepką na samochód i przewodnikiem, w którym możemy znaleźć wszystkie miejsca należące do NT, bowiem pod ich opieką znajdują się nie tylko pałace, domy, zamki, ogrody, ale również latarnie oraz wybrzeże.
Co to jest National Trust?
Jest to organizacja zajmująca się ochroną zabytków i przyrody w UK. Ich działalność opiera się głownie na pracy wolontariuszy.
Zainteresowanych kieruję do tej strony: National Trust
Od tamtego dnia prawie w każdy weekend nie ma nas w domu, oczywiście jeśli pogoda na to tylko pozwala, a czasami nawet pogodą się nie przejmujemy i pakujemy się w samochód i jedziemy gdzie tylko możemy :)
Co ma do tego National Trust? Ma wiele, bo to dzięki tej organizacji mamy wstęp "bezpłatny". Nie był on zupełnie bezpłatny, bo na początku musieliśmy uiścić opłatę członkowską, która pozwala na to aby w miejsca należące do NT wchodzić za darmo. Mogę powiedzieć jedno OPŁACA SIĘ :) Opłaca się zapłacić jednorazowo określoną kwotę, a później zwiedzać, jeździć i jeszcze raz zwiedzać :) bo opłata ta bardzo szybko się zwraca, do tego dostaje się pakiet powitalny z nalepką na samochód i przewodnikiem, w którym możemy znaleźć wszystkie miejsca należące do NT, bowiem pod ich opieką znajdują się nie tylko pałace, domy, zamki, ogrody, ale również latarnie oraz wybrzeże.
Co to jest National Trust?
Jest to organizacja zajmująca się ochroną zabytków i przyrody w UK. Ich działalność opiera się głownie na pracy wolontariuszy.
Zainteresowanych kieruję do tej strony: National Trust
Subskrybuj:
Posty (Atom)